Pan Alojzy wspomina…
Naukę zacząłem w 1958 r. w siedzibie dzisiejszego I LO, przy ulicy Kopernika. Klasę mieliśmy w suterenie od strony podwórka. Przez pierwsze trzy lata wychowawczynią mojej klasy była pani Solatycka. W klasie były dwa charakterystyczne punkty – były to kąty – kącik czystości: miska z wodą i ręcznik oraz kącik karny, w którym stało się za karę. Pisaliśmy „obsadką” ze stalówką maczaną w kałamarzu, za kleksy były obniżane stopnie. Na początku pierwszej klasy był wyjazd integracyjny na piknik, na strzelnicę (dzisiejszy park linowy). Piąta i szósta klasa to wychowawstwo pani Stefanowicz. Na tak zwanych długich
przerwach chodziliśmy na bazar, który wtedy był tam gdzie dzisiaj jest bank Santander. Wszystko tam można było kupić: kury, kaczki, gęsi, konie, świnie psy, koty itd. W 1960 roku wziąłem udział w uroczystym wmurowaniu kamienia węgielnego pod nową „jedynkę”, nie bardzo wiedząc, że od 1964 roku będę tam chodził do szóstej klasy. 1964 i 1965 to klasa VI i VII, wychowawcą był pan Skrętkowicz, a dyrektorem szkoły pan Nosel. Oprócz nauki byliśmy aktywni sportowo. Na kolejnym zdjęciu szkolna drużyna piłki nożnej z opiekunem panem Gołosiukiem. Po skończeniu „jedynki” w 1965r. poszedłem do Technikum Górnictwa Rud w Lubinie, a później Politechnika Wrocławska, praca w KGHM, a dzisiaj
emerytura. Często chodzę blisko szkoły na spacery, wtedy odżywają wspomnienia.

Wspomnienia pani Małgorzaty:
W Szkole Podstawowej nr 1 spędziłam 8 lat (1971-1978) i zawsze niezwykle ciepło wspominam tamten czas. Pani Ludwika Sobolewska, która była moją wychowawczynią przez pierwsze 3 lata edukacji, jakimś magicznym sposobem potrafiła pracować z 43-osobową klasą siedmiolatków – dziś rzecz absolutnie nie do pomyślenia! Na długo została w moim sercu jako osoba obdarzona niezwykłą cierpliwością i miłością do wychowanków. Pamiętam polonistkę Panią Zofię Rajczakowską, która rozbudziła moje zainteresowanie literaturą (potem skończyłam polonistykę), ale także Panią Krystynę Redkwę, dzięki której zawsze lubiłam matematykę. Na tych lekcjach wszystko było logiczne i do udowodnienia, a mama powtarzała mi zawsze, że „matematyka jest królową nauk”. Kiedy znalazłam się w średniej szkole we Wrocławiu, po rozwiązaniu zadania przy tablicy, nauczycielka, która wiedziała, że jestem z Lubina, zapytała z przekąsem: To na prowincji tak dobrze uczą matematyki?! Nie miałam kompleksów dziewczynki z mniejszego miasta, bo, jak okazało się w ciągu następnych lat, poziom nauczania w SP nr 1 był porównywalny ze szkołami wrocławskimi. Pamiętam również świetne lekcje historii z Panią Janiną Kosmalską – ówczesną Dyrektor szkoły. Nigdy później, w czasie całej edukacji nie spotkałam się z takim historykiem, który zmuszałby uczniów do przewidywania następnych kroków politycznych, skoro doszło do określonego wydarzenia na arenie międzynarodowej. Dzięki takiemu podejściu, uczyliśmy się wiedzy o świecie, ale także poznawaliśmy możliwe skutki pewnych posunięć. Najcieplejsze wspomnienia kojarzą się jednak z ostatnimi latami w szkole, kiedy wychowawcą naszej klasy był Pan Jerzy Łowicki, nauczyciel fizyki i znany meloman. Może niezbyt dobrze umiałam fizykę , ale nigdy nie zapomnę tych lekcji, w czasie których, przerywając omawianie zasady działania silnika dwusuwowego, puszczał nam np. V Symfonię Beethovena, bo duży magnetofon szpulowy stał zawsze tuż przy jego biurku. Można powiedzieć, że właśnie na lekcjach fizyki poznałam najważniejsze utwory muzyki klasycznej. Pamiętam też przygotowany przez moją klasę dzień patrona i fascynację postacią Marii Skłodowskiej-Curie, która wtedy się w nas obudziła. Miałam szczęście, bo tworzyliśmy zgraną paczkę i w ciągu tych 8 lat edukacji z wieloma osobami z klasy zawiązałam przyjaźnie na całe życie. Chwalono naszą klasę za ciekawe pomysły, nawet gdy w dzień wagarowicza wygłuszyliśmy kawałkami papieru wszystkie dzwonki w szkole i chwilę trwało zanim ktoś się zorientował, że trzeba po prostu usunąć rolki gazety wetknięte w elementy dzwonków wiszących na ścianach na każdym piętrze. Zostawiliśmy po sobie unikalne tableau namalowane przez plastyka i skomponowane z naszymi zdjęciami, na którym chłopcy ciągną wóz drabiniasty pełen koleżanek z klasy, a powozi nasz ukochany wychowawca. W kotle pilnowanym przez rogate diabły smaży się ciało – wiadomo – pedagogiczne, ale z powodu sympatii, wcale nie ironicznej, umieściliśmy tam “z twarzą” tylko naszą chemicę – Panią Wisio.

Pani Zofii opowiada… (rocznik 1954)
Pierwszą klasę rozpoczęłam w budynku, który znajduje się w pobliżu szkoły, do niedawna Pałac Ślubów w roku 1961, moją wychowawczynią była pani Jędrak. Potem zostaliśmy przeniesieni do głównego budynku szkoły, a naszą wychowawczynią została pani Maria Raczyńska. Pamiętam żywe lekcje przyrody w przyszkolnym ogródku. Uczniowie, którzy latem nigdzie nie wyjeżdżali, przez całe wakacje opiekowali się tym ogrodem. Pan Skrętkowicz robił na lekcjach fizyki dużo eksperymentów i wiele nas nauczył. Pani od chemii była bardzo wymagająca – tablicę Mendelejewa trzeba było znać na wyrywki. Języka polskiego uczyła nas pani Rozalia Józefów. Klasy były wtedy bardzo liczne i nauczyciele musieli nas dyscyplinować, żeby nas uciszyć. Nasza klasa jeździła na wykopki i zawsze zdobywaliśmy I miejsce w rywalizacji międzyklasowej na największą ilości zebranych ziemniaków.


Pani Zuzia opowiada…

W maju 1972 roku, nasza szkołę odwiedzili dziennikarze z tygodnika „Konkrety”. Pierwszoklasiści szczerze i bez tremy odpowiadali na pytania dotyczące swoich planów na przyszłość. Najbardziej rozśmieszyła wszystkich wypowiedź Mirka K., który na pytanie o to, kim chciałby zostać w przyszłości, odpowiedział – MILIONEREM.
Mirek


Ze wspomnień pana Tadeusza (rocznik 1955, uczeń SP1 w latach 1962-70):

„Śpiewałem w szkolnym chórze, prowadzonym przez panią Annę Pietras. Pamiętam jak ćwiczyliśmy piosenki „Od Siewierza jechał wóz”, „Jędrusiowa dola”, po czesku „Szła Marina”. Na piętrze obecnego Pałacu Ślubów była klasa, gdzie mieliśmy matematykę. Pan Janiszewski prosił mnie i koleżankę Krysię o zaśpiewanie na początku każdej lekcji piosenki. Dziś myślę, że chciał w ten sposób odstresować klasę przed trudną lekcją… Uczyliśmy się pisać atramentem. W każdym zeszycie była bibuła. Do szkoły nosiliśmy swój atrament, stalówkę i obsadkę. Najpierw pisaliśmy ołówkiem, a później stalówką maczaną w atramencie… Pan Michał Skrętkowicz, zwany Misiem, nauczyciel fizyki, mówił do spóźnialskich: ”tramwaj już odjechał” i nie wpuszczał takiego ucznia na lekcje… Gdy padał deszcz, przerwy spędzaliśmy chodząc w parach, w kółko po korytarzach… Od piątej klasy, gdy zaczęliśmy uczyć się obowiązkowego języka rosyjskiego, musieliśmy prenumerować miesięcznik „Wiesiołyje kartinki”.

 

Pani Danuta (rocznik 1953, naukę rozpoczęła w budynku obecnego I LO, od roku 1961 uczennica SP1 przy ul. M.Skłodowskiej Curie – opowiada:
„Kamień węgielny wmurowano w narożnik budynku od strony Małych Koszar. Widoczni na zdjęciu uczniowie stoją przed budynkiem Straży Pożarnej, później budynek straży został wyburzony. W miejscu gdzie stoi szpital i przychodnie, przy ulicy Bema, był piękny park i budynki mieszkalne, ciągnące się aż do torów kolejowych. Od strony Pałacu Ślubów nazywanego w tamtym czasie „ruską szkołą” był przyszkolny ogródek, z którego warzywa wykorzystywano do gotowania obiadów dla uczniów”.


Wspomnienia pana Edwarda – absolwenta pierwszego rocznika ośmioklasowej szkoły podstawowej – rok szkolny 1966/67, klasa VIII a, której wychowawczynią była pani Stefania Licznarowska

Pan Edward tak wspomina pierwszą wielką uroczystość szkolną, która najbardziej utkwiła mu w pamięci: „…Pierwsza gala, którą pamiętam w tej szkole odbyła się pół roku po uroczystym otwarciu – jak Cyrankiewicz z Gomułką przyjechali na wizytację Kombinatu. Nas wszystkich pognali na ulicę z chorągiewkami, machaliśmy i krzyczeliśmy Bóg wie co.” Wspomina również, że: „…Były w szkole cztery zmiany w 1963 roku, były wtedy straszne mrozy. To nas do budynku obok, do Pałacu Ślubów posłano. Tam była filia szkoły, trochę klas się uczyło. Pracownia techniczna była na dole, prowadzona przez pana Jana Sztafińskiego.

Pan Edward z bratem przed szkołą

Wspomnienia pana Krzysztofa – absolwenta z 1987 r.

“Miałem zaszczyt i przyjemność być uczniem “jedynki”. Zacząłem w roku 1979 od klasy 1, pod skrzydłami pani Wiesławy Rybak. Potem pani Janina Laszczyńska próbowała “zrobić ze mnie człowieka”. Bardzo miło wspominam też wychowawstwo “męskiej ręki” ś. p. Jerzego Łowickiego. Cieszę się, że mogłem uczęszczać do tak zacnej “budy”. Moje dzieci też “liznęły” jedynkowych murów: Karolina u pań Jolanty Wieczorek i Katarzyny Bełzy. Jakub – wychowawca Pani Bożena Kaleta. Nawet moja mama – Janina, była porządkową (“groźną woźną”). Niestety, wichry losu “wymiotły” nas z Lubina w 2004 roku. Ilekroć jestem w moim rodzinnym mieście i przejeżdżam ulicą Skłodowskiej, przypominam sobie jak to było…

Klasa 8b